Nowa pułapka banków na frankowiczów

 

Banki zastawiają perfidne pułapki
na „frankowiczów”


Podejrzewa się, że banki chcą podstępem przejąć zabezpieczenia kredytów, czyli zastawione mieszkania
i domy, korzystając z istniejącej jeszcze możliwości wystawienia Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, zanim
zostaną ustawowo zmuszone do przewalutowania kredytów na złotówki


Informujemy, jak można się przed tym bronić

 

27 lipca 2015

Wobec zbliżającego się niechybnie ustawowego przymusu przewalutowania na złotówki kredytów hipotecznych indeksowanych do obcych walut, banki zamierzają „uratować” ze swoich banksterskich łupów, co się da. Perfidnym trikiem chcą spreparować rzekome niewywiązywanie się z umów kredytowych i wypowiedzieć te umowy, co dla kredytobiorców skończy się utratą nieruchomości finansowanych z tych umów i kompletną ruiną finansową.

 

Jaki to trik? Niektóre banki wysyłają do swoich kredytobiorców windykacyjne zawiadomienia o rzekomym wystąpieniu niedopłaty i w związku z tym rzekomej zaległości w spłacie, chociaż ci kredytobiorcy płacą swoje raty punktualnie, w pełnej wysokości i nie mają żadnych zaległości.

Takie zawiadomienie, wysyłane przez dział windykacji banku, zawiera wezwanie do zapłaty całej powstałej zaległości, która w przeliczeniu na PLN wynosi zaledwie kilka złotych. Zawiadomienie zawiera też pouczenie, że nawet drobne niedopłaty mają negatywny wpływ na ocenę historii kredytowej kredytobiorcy i zawiera wezwanie do terminowego regulowania zobowiązań wynikających z umowy.

Skąd bierze się taka rzekoma niedopłata, skoro kredytobiorca płaci swoje raty zawsze punktualnie i w pełnej wysokości ustalonej umową i harmonogramem spłaty? Ano stąd, że banki celowo zwlekają z księgowaniem dokonanej już wpłaty raty w złotówkach, co powoduje, że w chwili księgowania wpłaty przez banki, zastosowane przy księgowaniu przez nie kursy walutowe są już inne, niż te, po których kredytobiorca przeliczał wysokość swojej raty na złotówki.

W jednym z tych banków kursy walut przeznaczone do przeliczania rat wyrażonych w walutach obcych na złotówki, są ustalane codziennie i ogłaszane o godz. 16:00. Ustalony kurs obowiązuje przez cały następny dzień roboczy. Kredytobiorca tego banku musi więc do przeliczenia wysokości jego raty zastosować kurs ogłoszony po godz. 16:00 i albo natychmiast elektronicznie wysłać dyspozycję przelewu do swojego „domowego” banku, żeby przelew został zrealizowany następnego dnia, co się z reguły dzieje w godzinach przedpołudniowych, albo następnego dnia gonić w wywieszonym językiem do banku kredytującego i wpłacić tam tę ratę w godzinach pracy, czyli zwalniając się z pracy, żeby rata została zaksięgowana po tym samym kursie, po jakim kredytobiorca przeliczał ją na złotówki.

Przy takim, wymuszonym przez banki na kredytobiorcach wariackim układzie wystarczy, że ten przykładowy bank kredytujący zaksięguje wpływ raty następnego dnia po godz. 16.00, po nowym już kursie, żeby powstała niedopłata lub nadpłata. Jeśli zmiana kursu w stosunku do dnia poprzedniego jest dla kredytobiorcy niekorzystna, to już mamy niedopłatę, groszową, ale niedopłatę, co bank natychmiast wykorzystuje do zarzucenia kredytobiorcy niewywiązywanie się z umowy i do skierowania kilkuzłotowej niedopłaty do windykacji (co samo w sobie jest już szczytem bezczelności, bo wystarczy przecież poprosić klienta, żeby przy następnej racie wyrównał tę kilkuzłotową niedopłatę spowodowaną przez bank), a to z kolei, powtórzone kilka razy, może być już podstawą do wypowiedzenia umowy kredytowej przez bank i do żądania natychmiastowego zwrotu całego zadłużenia.

Co to oznacza dla „frankowicza”? Kompletną katastrofę dla przynajmniej dwóch pokoleń. Przykład: pan Kowalski wziął w 2007 roku kredyt „we frankach”, bo, zdaniem doradcy bankowego z tzw. ubojni, na kredyt w złotówkach pan Kowalski miał niewystarczającą zdolność kredytową, która jednak wystarczała na kredyt „indeksowany do franka szwajcarskiego”. Pan Kowalski miał 150 tysięcy złotych wkładu własnego i wziął kredyt „we frankach” na 250 tysięcy złotych, wypłacony mu w złotówkach. Kupił więc mieszkanie za 400 tys. złotych i zamieszkał w nim wraz z żoną, dwójką dzieci i ze swoimi rodzicami, opiekującymi się dziećmi (wnukami) w czasie, kiedy pan Kowalski wraz z żoną harują na raty spłaty lichwiarskiego kredytu.

Po gigantycznych spekulacjach walutowych, kiedy kurs franka szwajcarskiego do złotówki nagle wzrósł prawie dwukrotnie, mimo spłacania kredytu przez już prawie 9 lat, zadłużenie pana Kowalskiego w banku nie zmalało, lecz wzrosło do kwoty blisko 500 tys. złotych, nie mówiąc już w ogóle o tym, że rata płacona w złotówkach też wzrosła z początkowo 1200 zł do prawie 2 tys. zł miesięcznie.

Jeśli teraz bank wypowie panu Kowalskiemu umowę kredytową i zażąda natychmiastowego zwrotu całego zadłużenia, bo pan Kowalski kilka razy nie wywiązał się ze swoich zobowiązań wobec banku wynikających z umowy (omówione powyżej „niedopłaty”) i bank „musiał” prowadzić postępowania windykacyjne, to pan Kowalski oczywiście nie będzie w stanie natychmiast zapłacić bankowi 500 tys. zł., co z kolei bank wykorzysta do wystawienia Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, na mocy którego bank wywali pana Kowalskiego z jego mieszkania razem z całą rodziną na bruk, wystawi mieszkanie na licytacji i sprzeda je za najwyżej połowę wartości, czyli za ok. 200 tys. zł.

Pan Kowalski, poza tym, że straci mieszkanie i razem z całą rodziną (trzy pokolenia) wyląduje na bruku, straci również swój wkład własny w wysokości 150 tys. zł. i, mimo prawie 9 lat spłacania kredytu, nadal będzie winien bankowi 300 tys. zł, które bank będzie ściągał z niego i z jego spadkobierców, doliczając do tego jeszcze rosnące odsetki.

Oczywiście pan Kowalski może zaskarżyć bank przed sądem o to, że kilka groszowych i niezawinionych przez pana Kowalskiego niedopłat nie może stanowić powodu do wypowiedzenia umowy kredytowej. Jednak taki pozew jest związany z olbrzymimi kosztami sądowymi (100 tys. zł samego wpisowego) i adwokackimi, bo bez dobrego adwokata lub radcy prawnego pan Kowalski nie poradzi sobie w sądzie z adwokatami banku. Poza tym, takie procesy trwają w Polsce wiele lat, a mleko jest już rozlane.

Co zyska na tym bank kosztem pana Kowalskiego? Ok. 140 tys. zł, które pan Kowalski spłacił już przez te prawie 9 lat, 200 tys. zł ze sprzedaży mieszkania pana Kowalskiego, 300 tys. zł, które pan Kowalski i jego potomni będą winni bankowi i szacunkowo 200 tys. odsetek od tych 300 tys. długu, który rodzina pana Kowalskiego będzie spłacać przez kolejne dwa lub trzy pokolenia. Razem ok. 840 tys. zł.

Jeśli jednak pan Kowalski nie da się wprowadzić w tę pułapkę, a jak się nie dać, wyjaśniam poniżej, to już niedługo bank zostanie ustawowo zmuszony do przewalutowania jego kredytu i to po kursie franka do złotówki z dnia zawarcia umowy, bo takie plany ma Prawo i Sprawiedliwość i takie plany ma nowy Prezydent RP, a w to, że PiS wygra najbliższe wybory i będzie miało samodzielną większość w Sejmie i w Senacie, chyba już nikt nie wątpi. Właśnie dlatego banki wpadły w panikę i szukają sposobu na ratowanie swoich dotychczasowych i przyszłych banksterskich łupów.

Oczywiście, po ustawowym przewalutowaniu kredytów i dopasowaniu pozostałych jeszcze do spłaty zadłużeń „frankowiczów” do wynikającego z przewalutowania normalnego poziomu, banki nie poniosą żadnych strat, jak usiłują nam wmówić nie tylko banki, ale też ta najważniejsza w dzisiejszym rządzie pani - nazywa się chyba Ewa Kłamacz, czy jakoś tak. Banki będą tylko musiały zrezygnować z nielegalnych zysków, czyli banksterskich łupów, częściowo już zrabowanych, a częściowo planowanych na najbliższe 20 lat, za pomocą sprzecznych z obowiązującym prawem warunków umów kredytowych (klauzule abuzywne, czyli prawnie zakazane regulacje w umowach).

Właściwie nie będzie to przewalutowanie, tylko ustawowo wymuszone na bankach usunięcie z umów prawnie zakazanych klauzul, czyli całej tzw. indeksacji do walut obcych kredytów zawartych, wypłaconych i spłacanych w złotych polskich. Faktycznemu przewalutowaniu ulegną jedynie kredyty rzeczywiście zawarte w walutach obcych, ale to już zupełnie inna historia.

A teraz najważniejsze. Jak obronić się przed tą perfidną pułapką banków. Dotyczy to oczywiście tych kredytobiorców, którzy w złotówkach spłacają raty wyliczone przez bank we frankach szwajcarskich lub innej walucie obcej, czyli olbrzymiej większości „frankowiczów”.

Zakładając, że robi się to przelewem elektronicznym z domowego komputera, trzeba przy każdej racie:

  1. W dniu zlecenia przelewu raty wydrukować tabelę kursów sprzedaży i kupna waluty indeksacyjnej ze strony internetowej banku kredytującego, zawsze po godzinie ustalonej przez bank na ogłaszanie kursów walut dla kredytów dewizowych i indeksowanych kursem walut obcych. Data i godzina pobrania wydruku musi być podana na tym wydruku.
  2. Jeśli bank powiadamia kredytobiorcę co miesiąc e-mailem lub wiadomością SMS o wysokości i terminie raty, sporządzić wydruk z tego e-maila lub wiadomości SMS. Jeśli nie, trzeba koniecznie zachować wszystkie kolejne harmonogramy spłat.
  3. Wyliczyć wysokość raty w złotówkach (dane i wyliczenie sprawdzić dwa razy!) i natychmiast dokonać przelewu internetowego oraz wydrukować bankowe potwierdzenie dyspozycji przelewu, koniecznie z datą i godziną dyspozycji przelewu na wydruku.
  4. Następnego dnia sprawdzić, czy konto zostało obciążone zleconym przelewem i sporządzić wydruk bankowego potwierdzenia przelewu, z datą księgowania i datą waluty.
  5. Jeśli przelew został zrealizowany później niż następnego dnia po jego zleceniu, interweniować w banku, z którego przelewamy ratę i powtórzyć odpytanie kursu ze strony internetowej banku kredytującego, znowu po godzinie ustalonej przez bank na ogłaszanie dziennych kursów i, jeśli ponowne przeliczenie raty na złotówki wykaże, że wpłata była za niska, zlecić przelew uzupełniający różnicę, powtarzając punkty 3 i 4.
  6. Po każdym zawiadomieniu przez bank o rzekomej niedopłacie wystosować do banku pismo wyjaśniające, że rata została przelana w terminie w pełnej wysokości, załączając kopie wydruków z punktów 1, 2, 3 i 4 i żądające udokumentowania przez bank, kiedy, o której godzinie i po jakim kursie bank zaksięgował wpływ raty. Na przedłożenie odpowiedniego dokumentu księgowego należy wyznaczyć bankowi termin, najlepiej 7-dniowy i w wypadku jego niedotrzymania zagrozić bankowi krokami cywilnoprawnymi i karnoprawnymi. Trzeba też zażądać „wyczyszczenia” historii kredytowej w banku i pisemnego powiadomienia o tym, że historia ta nie zawiera żadnych niedopłat ani opóźnień w spłatach rat. Można, a nawet trzeba, zagrozić bankowi potraktowaniem zbyt późnego zaksięgowania wpływu raty, jako próby oszustwa (preparowania powodu do wypowiedzenia umowy kredytu z zamiarem podstępnego przejęcia zabezpieczenia kredytu, czyli nieruchomości, w której się mieszka) i zagrozić skierowaniem do prokuratury odpowiedniego zawiadomienia.
  7. Aby jednak radykalnie zapobiec wszelkim możliwościom manipulacji księgowych banku lub skutkom opóźnień w realizacji przelewów przez banki przelewające raty, wystarczy do każdej raty dodać np. 10 zł, czyli przelać zawsze o te 10 zł więcej, niż się wyliczyło wg kursu z tabeli banku. Te dodatkowe „dychy” nie przepadną, bo będą stanowiły nadpłatę, albo właśnie bufor na pokrycie ewentualnych „niedopłat”. Stanowi to „koszt” jednego piwa tygodniowo, choć, jak już wyżej powiedziano, te „dychy” wejdą do spłaty kredytu. Trzeba też zlecić przelew zawsze przynajmniej na trzy dni przed terminem zapłaty raty.

Warto zatem robić te wydruki i je skrzętnie przechowywać aż do zakończenia spłaty kredytu i pisemnego potwierdzenia przez bank, że kredyt został spłacony w całości. Warto też dorzucić co miesiąc tę „dyszkę” oraz przelewać ratę zawsze trzy dni przed terminem i w ten sposób skutecznie popsuć bankowi jego perfidną pułapkę raz na zawsze. W wypadku pana Kowalskiego ma to wartość 840 tys. zł i uratowania przed utratą własnego dachu nad głową.

                                                                                  Rolf d. Zbigniew Michałowski
                                                                                 
                                                                                 

Dr.-Ing.h.c.(UK) Rolf d. Zbigniew Michałowski prowadzi w Niemczech kancelarię konsultingową dla polskich podmiotów gospodarczych i osób prywatnych, jest poza tym społecznikiem i publicystą.